Sling Studio Falling Feathers Pelican

Skład: 52% bawełna, 21% bawełna supima, 20% jedwab bourette, 7% seacell
Gramatura: 260 gsm
Rozmiar: 5 (4,2 m)

Kiedy dowiedziałam się, że Sling Studio wysyła do mnie chustę w nowym blendzie, byłam ogromnie podekscytowana – nie miałam pojęcia, czego się spodziewać. Z dreszczykiem emocji oczekiwałam, aż będę mogła dotknąć i przetestować nowy mix, ale też przekonać się, jakie będą kolory (a wiadomo, że jestem raczej mono-lover, niż człowiek-tęcza). W międzyczasie, gdy oczekiwałam na tajemniczą przesyłkę, dorwałam na stronie paprotki Cranborne, na których wypust oczekiwałam już od pierwszej zajawki producenta na insta. Kiedy więc magiczny box od SS wreszcie tu wylądował, do końca nie byłam pewna, co skrywa się w pudełku…

Gdy odkleiłam legendarną naklejkę SS wewnątrz opakowania, wsunęłam rękę do środka, nie oglądając oczyma zawartości… Chusta była totalnie miękka, odrobinę chłodna w dotyku, z wyczuwalną teksturą – poczułam jakbym gładziła dłonią po piaszczystej plaży w środku lata, gdy piasek jest ciepły i sypki, a w cieniu przyjemnie chłodzący i jego drobinki są doskonale wyczuwalne. Pomyślałam, że ta chusta nie wymaga totalnie ŻADNEGO łamania, jest nieziemsko plastyczna. Wydała mi się również bardzo cienka, stąd zaczęłam się nieco niepokoić, że może nie dać rady z moim dużym chłopakiem. Wciąż nie widząc chusty, próbowałam odgadnąć jej skład. Byłam przekonana, że ma w sobie seacell – tylko on może dać takie uczucie chłodu (ok, jeszcze jedwab morwowy, ale z kolei on w dotyku jest bardziej śliski niż to, co czułam). Pomyślałam też o bawełnie supima, bo miałam już chusty SS z tym rodzajem bawełny i to, co czułam było bardzo zbliżone miękkością. Pozostała jeszcze kwestia drobinek… Miałam dylemat pomiędzy jedwabiem bourette a lnem – z jednej strony chusta była zbyt miękka na bourette w stanie loom, a z drugiej… nie była aż tak surowa w dotyku jak len. Otworzyłam pudełko… Hurra! „Jaka piękna ciepła szarość!”, pomyślałam w pierwszym momencie i od razu rozpoznałam śliczne bourettowe fafołki oraz lekki połysk seacellu. Miałam nosa… 😉

Gdy przyjrzałam się uważnie, na pudełku widniała naklejka: „Pelican”. Nazwa odnosi się do gatunku ptaków, żyjących w okolicy środowiska wodnego. Doszukując się inspiracji, przyszedł mi na myśl Pelikan Brunatny, którego kolor skrzydeł przypomina zupełnie kolor tła testowanej chusty. Piórka (osnowa) Falling Feathers Pelican są w charakterystycznym już dla SS kolorze „dove” (gołębi szaro-błękitny), natomiast tło (wątek) to kolor trudny do opisania, ponieważ jest bardzo niejednoznaczny – taki srebrzysto beżowy/beżowo-szary z maleńkimi bourette-drobinkami w kolorze ecru i czarnym (jakby sól i pieprz rozsypane po całej chuście <3 ). Kolorystycznie chusta bardzo przypomina lniane piórka Wood Pigeon, pokusiłabym się nawet o stwierdzenie, że Pelican to bourette’owy brat Wood Pigeon’a. Ta chusta wygląda tak stylowo, subtelnie… I taka też jest w dotyku!

Jak wspomniałam wcześniej, skład tej chusty to 52% bawełna, 21% bawełna supima, 20% jedwab bourette i 7% seacell. Bawełna supima jest najbardziej luksusową, najwyższej jakości bawełną na świecie (trochę o tym pisałam przy okazji recenzji Sling Studio FF Black Stork) i jej obecność w tej chuście jest wyraźnie wyczuwalna, tak samo jak seacellu, który posiada właściwości pielęgnacyjne dla skóry. Jedwab bourette ma charakterystyczne „fafołki”, które powodują, że jego struktura jest nierówna, a więc nadająca chuście czepliwości. Muszę przyznać, że nie była to do tej pory moja ulubiona domieszka w chustach Sling Studio, jednak nowa kompozycja, z dodatkową bawełną supima i seacellem, nadaje chuście przyjemnej miękkości i sprawia, że ten blend jest po prostu cudowny, sprężysty i lekko puchaty, o wiele delikatniejszy i mniej surowy w dotyku niż stara wersja bawełna/jedwab bourette. Pelican jest plastyczny, mięsisty, ma idealny bounce i zdaje się być cienki w dłoni. Byłam ogromnie zdumiona, gdy policzyłam gramaturę tej chusty… 260 g/m2! Zupełnie tego nie czuć w ręce, byłam bardzo ciekawa czy moje ramiona zaakceptują tę nową domieszkę (dla starszej wersji były bardzo wybredne).

Zdecydowałam się zamotać jeszcze przed upraniem, nie mogłam się oprzeć urokowi mięciusiego Pelikana. Wow, wielkie WOW. Nie przypominam sobie, bym wcześniej motała chustę tak „kremową” w dotyku przed praniem. Dociągała się dosłownie sama, bez najmniejszego wysiłku – byłaby to świetna chusta dla osób początkujących. Mówiłam wcześniej, że byłam nieco zaniepokojona, czy chusta da radę z moim ciężkim Chuściochem, czy moja ramiona ją polubią, czy nie będzie zbyt surowa, wpijająca się w ramiona… Wielkie pozytywne zaskoczenie, Pelikan bardzo gładko ułożył się na ramionach, delikatnie je otulił, jak balsam, nawet w miejscach gdzie stykał się bezpośrednio ze skórą. Do tej pory raczej nie lubiłam bezpośredniego kontaktu skóry z chustą, w tym przypadku jest zupełnie inaczej – nie ma najmniejszego kłopotu z dociąganiem po skórze, idealna chusta na lato <3. Chusty Sling Studio są fenomenalne – cienkie, ale TAK nośne i puchate… Po wypraniu i tygodniu noszenia codziennie nie zauważyłam większej różnicy we właściwościach chusty, czy dotyku – ona była już bajecznie mięciutka i plastyczna prosto z pudełka.

Myślę, że ta chusta byłaby idealna zarówno jako letnia krócizna, jak i długas w rozmiarze bazowym. Uwielbiałam nosić ją w jednowarstwowych wiązaniach, jak i w wielowarstwowych – sprawdziła się w plecaku prostym, DH, kangurku. Motałam z niej także kieszonkę, Shepherd’s carry i jestem oczarowana. To chusta dla każdego – wprawionego i niewprawionego motacza, małego i dużego Chuściocha. Widzę tę chustę jako idealne zestawienie z letnią sukienką na wiosenne i letnie spacery nad wodą, gdy przyroda budzi się do życia – kolory Pelicana pasują do tych wyobrażeń idealnie, ponieważ są rześkie i świeże, jak powiew letniego powietrza.

Fotografie: Ela Bednarek